wtorek, 7 lutego 2012

Wszystko co piękne jest – przemija ….

Tydzień temu zakończyłem terapię grupową DDA.
Smutno mi z tego powodu, bo polubiłem swoją grupę. Znam ich bieżące problemy i w większości wiem, gdzie leży ich źródło. Również nie jest mi obojętne, jak rozwiążą swoje problemy, jak im się będzie układało w życiu. Terapia grupowa trwała 16 miesięcy (z 2-miesięczną przerwą wakacyjną). Na początku terapii myślałem, że rok to szmat czasu, a teraz czuję, że nie wszyscy w pełni rozwiązali swoje problemy związane z ułożeniem relacji, czy też ze zmianą relacji w stosunku do pijących rodziców i do najbliższego ich otoczenia (rodzeństwa, kuzynów itp.). Wiem, że nie tylko osoby uzależnione potrafią wzbudzić często nieuzasadnione poczucie winy. Bardzo dobrze wychodzi to również osobom, którymi otaczają się alkoholicy. Pod takim wspólnym „ostrzałem” można zwątpić jeśli wezmą górę emocje. Trudno wtedy zachować dystans. Do tego dochodzi brak wsparcia, które otrzymywaliśmy na terapii. No cóż, życie pokaże. Szczerze życzę wszystkim, aby sobie z tym poradzili i nie wracali na ponowną terapię.
Chociaż z drugiej strony – wiedza, że można ponownie przejść terapię DDA daje nadzieję, bo my wszyscy wiemy że są miejsca, w których można poprosić o pomoc, a nie zadręczać się bez reszty. W moim odczuciu osobie, która przeszła terapię łatwiej podjąć decyzję o ponownym uczestnictwie w grupie DDA.
Jeśli chodzi o mnie, to z najbliższej rodziny tylko brat rodzony jest alkoholikiem. Rodzice (oboje uzależnieni) już nie żyją. Jestem więc spokojny o siebie. Nabrałem dystansu do niego (brata) i do osób, które starały się wzbudzić we mnie poczucie winy w stosunku do brata, bo „on jest taki biedny i samotny”. Ale ja mu nie polewałem, nie namawiałem do zakupów ratalnych, do telefonu komórkowego na abonament, do kredytów, do życia ponad stan, w końcu do niepłacenia czynszu za mieszkanie. Jest dorosły. Ja mam swoją fajną rodzinkę: żonkę i trójkę dzieci (12-latek i 3-letnie bliźniaki) i tu chcę się angażować.
Teraz, jak już nie chodzę na grupę DDA, to coś się we mnie przestawiło. Wcześniej zawsze wiedziałem, że jak mam problem, to mogę o nim powiedzieć na grupie i otrzymać pomoc. I tak mniej więcej funkcjonowałem. W tej chwili jest już inaczej. Jak mam problem, to muszę go sam rozwiązać. Już nie ma grupy. Ale mam już pewne doświadczenie w tym, jak sobie z nim poradzić. Wiem że muszę sobie poradzić z problemem. Zawsze byłem tego świadomy ale tkwiło to raczej w mojej podświadomości. Teraz nie ma oczekiwania na grupę – jestem ja i życie codzienne. Świata nie obchodzi to, że je będę nieszczęśliwy. Świat będzie szedł do przodu. Tylko ode mnie zależy, czy będę szczęśliwy czy niespełniony i zgorzkniały, radosny czy smutny. Czuję, że na terapii wzmocniłem się psychicznie i myślę, że trudno mnie będzie zmanipulować. Jestem spokojny, ale dosyć często jeszcze wspominam ludzi z grupy i osobę prowadzącą, która niezmiernie mi pomogła.

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Refleksja po Świętach ....

3 tygodnie temu było Boże Narodzenie. Tak bardzo czekałem na ten okres. Miałem nadzieje, że pojedziemy do mojego brata ciotecznego. Niestety, nie zdążył z remontem domu. Mieliśmy więc spędzić Święta u siebie. Nie planowaliśmy żadnych wyjść w Wigilię. Jednak nie u wszystkich chyba jesteśmy "czarnymi owcami". Zaprosiła nas siostra cioteczna mojej żonki i tak długo cisnęła, że w końcu przyjęliśmy jej zaproszenie. Prezenty kupiliśmy jeszcze w listopadzie. Półprodukty na wieczerzę również. Później, w grudniu patrzyliśmy z pewnym rozbawieniem na tłumy ludzi w hipermarketach (sądząc po ilości samochodów na parkingach przy sklepach). Nie było u nas żadnego ciśnienia. Na dwa dni przed Wigilią wziąłem urlop aby wspólnie przygotować się do Świąt Narodzenia Jezusa. Irytowało mnie w pracy podejście moich kolegów, którzy specjalnie nie brali urlopu przed Świętami aby nie kłopotać się o porządki w mieszkaniu i, jak to się mówi, przyjść na gotowe. Woleli "odpocząć" w pracy a w domu niech żona sprząta. Jeden z kolegów zamówił catering. Rozbawił mnie tym, ale też zaskoczył. Dla mnie Święta to nie tylko jakieś jedzenie i prezenty. Ja uwielbiam ogólną atmosferę przedświąteczną. Lubię włączyć po cichu kolędy i sobie sprzątać. Lubię zapach potraw, ciasta, całą tą krzątaninę przedświąteczną. Ale zamówienie gotowych dań???
Kolega ten ma 5-letną córeczkę. Wytłumaczyli oni ich córce, że nie ma mikołaja a prezenty kupują rodzice i dziadkowie. Trochę to smutne.
Mój dwunastoletni teraz synek powiedział mi kiedyś, że wie o tym, iż prezenty kupują rodzice. Powiedziałem mu wtedy (trochę w żartach), że jeżeli przestanie wierzyć w mikołaja, to koniec z prezentami. Do dziś d niego wierzy (a przynajmniej tak mówi).
W Wigilię wysłałem SMS-a do mojego brata rodzonego. Życzyłem mu, aby był szczęśliwy. Po prostu szczęśliwy. Sprawił mi on w przeszłości dużo przykrości (opisałem to obszernie wcześniej), ale ja życzę mu dobrze. Traktuję go jako osobę chorą. We wrześniu minął rok od czasu kiedy przestał pić. Przynajmniej wiem że nie pił w okresie od połowy września 2010 do końca czerwca 2011 roku, bo był wtedy w ośrodku zamkniętym. Co później - nie wiem. Wiem natomiast, że ma kogoś. Chce sobie życie ułożyć - powiedzmy - na nowo. Ma do tego prawo, jest przecież dorosły (ma 38 lat). Tylko irytują mnie te jego SMS-y. SMS na święta - OK, ale drugi na nowy rok brzmiał: "Wszystkiego dobrego w nowym roku, uśmiechu na twarzy, szczęścia, zdrowia, i dużo kasy życzy Tomek i Kasia". Niby wszystko OK, ale: uśmiechu? zdrowia? szczęścia? dużo kasy? I jeszcze jakaś Kasia, której nie znam. Przecież zerwał ze mną kontakt, bo wg niego okradłem go. Napisał mi rok temu w liście, że nie ma zamiaru i nie chce utrzymywać ze mną żadnych kontaktów i do dziś tego nie odwołał. Obsmarował mnie przed całą rodziną. Odpisałem mu jednak tak: "Dziękuję za życzenia, chociaż nie ukrywam że że zaskakują mnie Twoje słowa. Z mojej strony również życzę Tobie i Twojej Kasi (której nie znam) Szczęśliwego Nowego 2012 Roku !!!" Może dotarło do niego, że to nie ja go okradłem, tylko to On chciał mnie oszukać. Może ma świadomość tego, że przez lata okradał naszego ojca (mam historię rachunku taty z kilku lat, więc piszę fakty - to nie jest ocena). Może chciałby odnowić kontakty? Może boi się, że powiem przy jego nowej partnerce coś, co popsuje ich relacje? Nie musi. Moje drzwi są dla niego zawsze otwarte jeśli przyjdzie trzeźwy. Trafiła mi się fajna grupa DDA i terapeutka, której zaufałem. Tu pozbyłem się odruchu oceniania, krytykowania, czy też dawania rad, a przynajmniej panuję nad tym - myślę - dość dobrze. Obecnych uczuć: żalu do niego o całą sytuację, przykrości którą mi sprawił nie chcę odsuwać od siebie, bo teraz wiem, że to niemożliwe. Dałem temu czas aż same przyschną i "pokryją się kurzem". Pojawiło się jednak nowe uczucie: współczucie do brata. Jednak jest alkoholikiem i dodatkowo DDA, stracił dużo: rozwód i córka, która mieszka z matką w innym mieście. Martwi mnie jednak ta jego zawziętość. Ale się nie nakręcam. Mam inne cele: moja rodzina. Terapia DDA dobiega końca - szkoda. Będzie mi jej brakowało. No i przede wszystkim grupy, z którą uczęszczałem. Wiem o uczestnikach terapii dużo więcej, niż otoczenie w którym Oni żyją. Tak samo grupa wie o mnie więcej niż moja rodzina (może poza żonką, której ufam). Dowiedziałem się również wielu rzeczy o sobie, bardziej poznałem siebie. Teraz myślę, że to ciekawe. Obce zupełnie do niedawna osoby wiedzą o mnie więcej niż wydawałoby się najbliżsi. Bardzo chciałbym utrzymać z nimi jakiś kontakt. Zobaczymy co życie pokaże.
W te święta postanowiłem odnowić kontakt z rodziną od strony taty, która mieszka w pobliżu Krakowa. Widziałem się z nimi cztery razy. Pierwszy raz jako 14-latek. Chrześniaczka taty (jego siostra cioteczna) wychodziła za mąż. Pamiętam ją jako przepiękną pannę młodą i byłem strasznie dumny z tego. Jej męża również pamiętam jako bardzo serdecznego człowieka. Za drugim razem jej rodzice odwiedzili naszych rodziców (to było jeszcze przed moimi studiami (czyli początek lat 90-tych). Potem widziałem jej rodziców i jej brata Maćka na pogrzebie mojego dziadka w 1996r. Pamiętam jak Maciek prosił mnie, abym odwiedził ich i było to naprawdę szczere. Byłem wtedy na 5-tym roku studiów a rok później ożeniłem się i nie odwiedziłem ich. Ostatni raz widziałem chrześniaczkę taty, kiedy przyjechała na jego pogrzeb (3 lata temu). Pamiętam, jak wtedy ujęła mnie pod rękę i długo szliśmy rozmawiając. Była bardzo autentyczna. Ponowiła zaproszenie. Bardzo ujęła mnie tym swoim zachowaniem. Chciałem podtrzymać z nią kontakt. Niestety, nie wziąłem numeru telefonu. Po ponad roku poprosiłem brata, aby dał mi do niej numer, ale wywinął się i nie otrzymałem go. Ja jednak nie poddaję się łatwo. Dostałem numer od jego żony (obecnie byłej żony). No i zacząłem odwlekać moment kontaktu z chrześniaczką taty. Tuż po ostatnich wakacjach - we wrześniu 2011r dowiedziałem się na grupie DDA, że mamy przygotować Genogram, czyli psychologiczną mapę relacji w rodzinie. Jest to coś w rodzaju drzewa genealogicznego. Znowu powróciły myśli o odnowieniu kontaktów z rodziną spod Krakowa. Na święta wysłałem SMS-s z życzeniami i obietnicą że przedzwonię po Świętach. Rozpoczął się pełen niepokoju czas oczekiwania na odpowiedź. W końcu nadeszła i byłem wręcz w euforii. Po Nowym Roku przedzwoniłem i teraz szykuję się do wysłania kilku zdjęć mojej fajnej rodzinki. Coś się rozpoczęło i chyba to też zawdzięczam temu, że chodzę na grupę DDA. Patrzę z nadzieją w przyszłość......

poniedziałek, 21 listopada 2011

Nie było mnie jakiś czas. Rozpoczął się okres szkolny, co w moim przypadku ograniczyło mi bardzo czas wolny (małe bliźniaki + 11-letni synek). Ale cóż, powoli ruszam z pisaniem.
Od września ruszyła grupa DDA. Wprawdzie rodzice już mi nie mącą w głowie, ale czuję, że są obszary, w których jestem "zielony". W rodzinach z dysfunkcjami (również alkoholowych) wiele rzeczy nie jest przekazywanych dzieciom. Np jeżeli na skutek picia dochodzi do rozstania, to jest duże ryzyko, że dziecko nie będzie "wyposażone" w mechanizmy pozwalające utrzymać swój własny związek. Wielu DDA ma za to całkiem spory "plecak" z poczuciem winy, z niezdrowym zamartwianiem się o rodziców... Mi w dzieciństwie bardzo brakowało bliskości i teraz tego szukam. Żonka natomiast miała duże problemy ze swoim ojcem i podejrzewam, że pozostał u niej jakiś uraz do innych facetów. Tak więc ja czuję się zagrożony jeśli czuję się odsunięty, a żonce ciężko czasem zbliżyć się do mnie. Ale mamy świadomość, gdzie jest źródło tego wszystkiego.

wtorek, 30 sierpnia 2011

Urodziny

Wczoraj były moje urodziny. Nie będę się może nad tym rozwlekał. Ale wydarzyła się jedna rzecz:
Mój brat rodzony napisał mi SMS-a z życzeniami. Najpierw wielkie zaskoczenie, potem nadzieja, że może chciałby znowu złapać kontakt. Ale zaraz potem przypomniałem sobie, co wydarzyło się w ciągu ostatnich kilku lat, a zwłaszcza w ciągu ostatniego roku. Przypomniałem sobie o jego egoizmie, o jego roszczeniach wobec mieszkania po naszych rodzicach, o jego oskarżeniu mnie, że jestem złodziejem i w końcu o jego oczernianiu mnie wobec rodziny. Ja mu na każdym kroku pomagałem, wręcz zmusiłem go to detoxu, a potem do terapii, i znowu namówiłem Go po raz 2-gi na detox, dzięki mnie nie zabrali mu zasiłku dla bezrobotnych, oraz nie skreślili Go z listy osób ubezpieczonych, w końcu dzięki dużemu wysiłkowi z mojej udało się sprzedać mieszkanie po rodzicach na dwa dni – jak się okazało - przed sądownym nakazem komorniczym z powodu długów na kwotę ok. 35000zł.
A on - tylko wzbudzał poczucie winy, żądał papierosów, jakiejś kasy na życie, prosił mnie o załatwianie dosłownie wszystkich jego spraw, a na koniec (po sprzedaży mieszkania) oskarżył mnie, że go okradłem, bo twierdził że należy mu się więcej pieniędzy za mieszkanie (otrzymaliśmy po połowie kwoty za mieszkanie). A jego argument był taki, że jest mocno zadłużony i nie będzie go stać na kupno 2-go mieszkania. Zerwał ze mną kontakt a po rodzinie rozpowiedział (nie wyjaśniając sytuacji), że okradłem Go na 15000 tysięcy. Przypominałem sobie mój bunt wobec takiego oszczerstwa. Tłumaczyłem w rodzinie, że spadek należał nam się po połowie i to nie ja brata okradłem, to brat podbierał (zabierał) ojcu rentę, jak ten żył jeszcze. Słyszałem wtedy że teraz ojciec już nie żyje, a mój brat ma problem.

Wczoraj wróciły te wszystkie wspomnienia i jedno z najsilniejszych uczuć, które się wtedy pojawiło to uczucie złości, że wg niego jestem złodziejem. Zrobiło mi się również przykro, pojawiło się uczucie niesprawiedliwości. Stwierdziłem, że nie pozwolę sobie na to, aby tak mnie oczerniano. DOŚĆ!!!
Nie było jednak i nie ma uczucia zawiści, nienawiści. Nie ułatwię mu jednak kontaktu ze mną. Ma do mnie numer telefonu, wie gdzie mieszkam. Ciągle mam w pamięci jego list w którym napisał:
"Nie mam ochoty i nie chcę się spotykać z Tobą. Nie wiem jak i o czym miałbym z tobą rozmawiać. Pewnie mnie nie rozumiesz, ale to nie mój problem i nie moja już sprawa jak to odbierzesz."

Takie jest jego życzenie i ja postanowiłem je uszanować. Jak to się mówi: „piłeczka jest teraz po jego stronie”.
Ile razy staję twarzą w twarz z podobnymi problemami, do dziękuję w duchu za trerapię, oraz żonce, że mnie na nią namówiła.

środa, 17 sierpnia 2011

Powroty...

Piękne chwile szybko się kończą. Tak samo szybko przeminął mój urlop. Cieszę się jednak, że spędziłem go dosyć aktywnie i że nie uważam tego czasu urlopowego za zmarnowany.
Na krótko jeszcze nawiążę do poprzedniego posta, ponieważ czegoś zapomniałem dodać.
Przed wyjazdem od mojego brata ciotecznego ciocia - na moje ogólne stwierdzenie, że mam nadzieję iż ktoś z rodziny poinformuje mnie, jak mój brat rodzony wyjdzie z ośrodka, znajdzie pracę itp. - powiedziała mi z dużą satysfakcją w głosie, że mój brat już z ośrodka wyszedł, mieszka w tej samej miejscowości co ja, że ma pracę, wynajął mieszkanie. Ja to już oczywiście wiedziałem bo mam inne swoje źródła, jednak byłem ciekawy kiedy ciotka mnie o tym raczy poinformować. No i łaskawie to zrobiła. Jednak coraz słabiej wychodzi jej manipulowanie faktami. Mną natomiast - mam nadzieję - nie da rady już manipulować. Chyba głównie dlatego, że jej nie ufam. Wiem, że ukrywa jeszcze kilka rzeczy przede mną, o których myśli że nie wiem, a ja jej z tego błędu nie wyprowadzam. Mnie te rzeczy nie dotyczą i po prostu przyjmuję, że nie chce o tym mówić. Nie oceniam tego bo przecież jest dorosła i jest to jej sprawa. Ja jej tylko współczuję. Znam wiele jej problemów i znam również jej sposoby manipulowania faktami, jednak chyba trochę się w tym zapętliła. Poza KLANEM rodzinnym z którym spotyka się od wielkiego dzwonu (raz na rok, może rzadziej) ma wokół tyle bliskiej rodziny, od której odgrodziła się murem. Postrzegam ją jako osobę udręczoną, stąd to współczucie. Myślę tu głównie o jej synu, ale nie tylko.
No cóż, może kiedyś dojrzeje do tego aby pogodzić się z nim i z jego rodzinką i w końcu zachowa się jak prawdziwa matka i babcia.
Jest połowa sierpnia. Już teraz cieszę się na dalsze spotkania DDA, które ruszą od września. Uważam, że dobrze trafiłem i sam po sobie widzę jakie "owoce" przynosi moja terapia. Jestem spokojny...

czwartek, 11 sierpnia 2011

Zakręty życia codziennego (c.d.)

Wracając do urlopu, brata ciotecznego odwiedziłem. Lubię tam jeździć. Czuję się u niego bardzo swobodnie. Ma fajną rodzinkę, ale ciocia, o której trochę pisałem, burzy ten spokój - myślę - dość skutecznie. Jego siostra rodzona mieszka z ich rodzicami (czyli z ciocią). To co mnie bardzo irytuje, to zachowanie cioci (ich matki). Mianowicie bardzo różnicuje swoje dzieci. Zarówno brat cioteczny, jak i jego siostra mają po córce, ale to jak ciocia różnie traktuje swoje wnuczki, woła o pomstę do nieba. Córka brata jest totalnie olewana i zapomniana przez ciocię, natomiast druga wnuczka jest tak głaskana i kochana przez ciocię, że aż się niedobrze robi. Jest to cholernie wielka niesprawiedliwość i największemu wrogowi nie życzę takiej babci. Zaczęliśmy odwiedzać się z bratem ciotecznym trzy lata temu. Był On wtedy kłębkiem nerwów. Przekonany był chyba , że w całej rodzinie ma już przypiętą łatkę "czarnej owcy" oraz niewdzięcznika i myślę że unikał On wtedy kontaktu z rodziną. Jak rodzina (tzw. KLAN") przyjeżdżała do cioci a brat ze swoją żoną to zauważyli, to zawsze mieli nadzieję, że odwiedzą ich również. I zawsze było rozczarowanie. Ja z kolei myślałem wcześniej, że brat mnie unika i nie chciałem się narzucać. Ale brakowało mi go i jego rodzinki. Właśnie ok. 3 lat temu byłem u cioci i pomyślałem, że ich odwiedzę. Ciocia stawała na głowie abym tam nie szedł i bardzo stanowczo sprzeciwiała się temu. No cóż, ja się uparłem i pomimo jej rozpaczliwych wysiłków odwiedziłem brata i ucieszyłem się, że zastałem całą rodzinkę. Tamtej decyzji o odwiedzinach brata do dziś nie żałuję. Zobaczyłem wtedy, jak bardzo byłem manipulowany i współczułem bratu z powodu niesprawiedliwości, która Go dotykała. Od tego czasu zaczęliśmy częściej spotykać się i w ciągu tych trzech lat zauważyłem że brat odżył. Może dlatego, że w końcu ktoś z rodziny zaczął mówić że to On ma rację, że to On jest krzywdzony. Ja natomiast zauważyłem, że zacząłem być inaczej traktowany przez rodzinę. Na początku trochę mnie to martwiło, może nawet gryzło, ale terapia DDA pomogła mi. Wiem to, bo podczas jej trwania zacząłem zacząłem inaczej postrzegać rodzinę. Zacząłem akceptować prawo innych do wyrażania swoich opinii a jednocześnie nabrałem dystansu do wypowiedzi, które były ocenianiem mojego postępowania. I tu może przejdę do sedna sprawy. W styczniu 2011 napisałem bardzo obszerny list do mojego brata rodzonego, w którym wręcz obnażyłem się ze swoich uczuć. Między innymi napisałem też o tym, że żałuję iż ciocia nie pomogła mamie w zamieszkaniu u swoich rodziców i że wiem czemu tak się stało oraz że powiem mu o tym, jak mu zaufam. Brat rodzony przeczytał cioci ten fragment listu i jak podczas odwiedzin brata ciotecznego zajrzałem do cioci, to próbowała ona postawić mnie pod ścianą i zmusić, abym się z tego wytłumaczył. Nie sprowokowała mnie jednak. Byłem tak bardzo spokojny, że aż byłem zaskoczony. Spokojnie wysłuchałem jej, a potem zapytałem ją, czy czytała cały list czy tylko część. Jak usłyszałem, że tylko fragment, to stwierdziłem że nie mamy o czym ze sobą rozmawiać i że dokończymy rozmowę, jak zapozna się z listem, ponieważ nie mam w nim nic do ukrycia. Powiedziała wtedy że poprosi mojego brata rodzonego o list i że będę musiał się wytłumaczyć z tego fragmentu, jeśli będzie to faktycznie w liście. Odpowiedziałem jej wtedy, że nie mam zamiaru się przed nikim tłumaczyć, również przed nią. Co ciekawe, im bardziej byłem spokojny, tym bardziej ciocia była zdenerwowana. Powiedziałem jej to co opisałem w poprzednim poście i powtórzyłem, że zamiast pomóc mamie mojej, to dała jej śmieszne 4800zł na picie. Powiedziałem jej również o szpitalu i że jeśli nie wie jak pomóc alkoholikom, to dla ich dobra powinna przestać im pomagać bo tak naprawdę tylko im szkodzi. Po czy wyszedłem od niej z domu. Powiem szczerze, że byłem dumny z siebie. Wtedy stwierdziłem, że wolę być czarną owcą z bratem ciotecznym, niż wybielony przed ciocią.

sobota, 6 sierpnia 2011

Zakręty życia codziennego

Mamy lato - pora urlopów. Kilka dni temu rozpocząłem swój urlop i postanowiłem odwiedzić swojego brata ciotecznego. Mieszka On w pobliżu swojej mamy, która jest siostrą rodzoną mojej zmarłej mamy (więcej o tym w zakładkach "Mój Pamiętnik" i "O Sobie"). Ten brat jest w konflikcie ze swoją mamą, no a z moją ciocią. Jest to kobieta, którą można określić jako "Matka Polka". Uważa ona mianowicie, że jej sposób na życie jest jedyny słuszny i że jej decyzje są najbardziej trafne. Tylko że Ona chce (czytaj: wymaga), aby wszyscy żyli wg jej zasad. Każdy kto się wyłamie, jest przez nią postrzegany jako "czarna owca" i odpowiednio opisany w rodzinie, z którą utrzymuje kontakt. Ten - nazwijmy to "KLAN" - słucha tylko jednej strony, czyli strony cioci. Wiem to, bo kiedyś częściowo w tym KLANIE tkwiłem, a może zawsze chciałem, aby ciocia miała o mnie dobre zdanie. W przeszłości nieraz odczuwałem, jak to jest, jak podpadnie się cioci.
Oto kilka przykładów:
- mój ślub, który wziąłem na Jasnej Górze (czyli ok. 450 km od miejsca zamieszkania) tylko dlatego, aby nie było alkoholu i duży sprzeciw rodziny i cioci, bo wg niej tylko wydawało mi się, że rodzice piją bo z nimi nie mieszkałem (sama ciocia do dziś działa w komórce do walki z alkoholizmem),
- działka ze starym domem kupiona (wyłudzona) po cichu przed rodziną od mamy (ok. 30 arów) za marne niecałe 5000zł.
(Krótkie wyjaśnienie.
Działka ta była zapisana mamie jako spadek od dziadków (mamy i cioci rodziców). Drugą taką samą otrzymała już ciocia. Tylko że ciocia nie chciała moich rodziców obok siebie. Kupioną działkę przepisała potem mojemu bratu ciotecznemu.)

Ja jej (cioci) wtedy rzuciłem w oczy, że zachowała się jak matka, a nie jak siostra myśląc tylko o swoim synu, a olewając swoją umierającą siostrę rodzoną, i że tą śmieszną kwotę dała mojej mamie na alkohol. I status "czarnej owcy" gotowy,
- rok przed śmiercią mamy, ciocia załatwiła mojej mamie pobyt w szpitalu psychiatrycznym. W tym okresie ja drążyłem jak pomóc mamie. Byłem na kilku otwartych mityngach AA. Mówiłem tam obszernie o problemach moich rodziców. Poradzono mi, abym namówił mamę do przeprowadzki do jej i cioci rodziców, którzy właśnie mieszkali obok mojej cioci (działka ta była już przepisana na mojego brata ciotecznego). Ja wtedy błagałem ciocię aby namówiła mamę do przeprowadzki. Ciocia nie zrobiła tego i dodatkowo zabroniła mi mówić o tym moim dziadkom zasłaniając się złym stanem ich zdrowia. Ponadto powiedziała lekarzowi prowadzącemu że mama pije dopiero od niecałych 5-ciu miesięcy i oczywiście nie pozwoliła mi tego skorygować. Ja trwałem wtedy w tym "KLANIE" i nie zrobiłem nic poza tym, że dalej prosiłem ciocię o pomoc. Rok później - w 2005 r. - zmarła mama.
(c.d. o swoim urlopie w drugim poście)